05.01.2018

Mój dosyć długi pobyt na jeziorze Toba dobiegł końca więc czas najwyższy coś na ten temat napisać.

W podróż do jeziora ruszyłem z Medan, gdzie miły właściciel hoteliku w którym mieszkałem, odwiózł mnie na dworzec autobusowy, przypilnował żebym wsiadł do odpowiedniego autobusu, poinformował kierowcę gdzie ma mnie wysadzić i poczekał dobre pół godzin do odjazdu. Taki serwis że aż miło. Tradycyjnie już, w autobusie byłem jedynym białasem albo ładniej to ujmę, tak jak zwykli białasów nazywać Indonezyjczycy, western men-em.

Podróż autokarem przebiegała w miarę spokojnie do czasu kiedy zaczęliśmy wdrapywać się na zbocza superwulkanu w kalderze którego leży piękne jezioro Toba. W kierowce wstąpił jakiś demon chyba. Skutery czmychały na boki niczym zające, kierowca wyprzedzał kolumny samochodów na zakrętach górskiej serpentyny. Klakson i do przodu. Kto mniejszy, uciekał na bok. Droga wąska, kreta. Z jednej strony skała z drugiej kilkusetmetrowe urwiska. A pasażerowie zadowoleni jak gwizdki. Wolałem nie patrzeć do przodu żeby jeszcze bardziej nie osiwieć. Po około ośmiu godzinach dotarłem, cały i zdrowy do miasteczka Parapat, leżącego na brzegu wulkanicznego jeziora. Pozostał jeszcze jeden etap podróży aby dotrzeć do celu czyli na wyspę Samosir. Ostatni etap pokonałem promem, który, ku mojemu zdziwieniu, odstawił mnie pod same drzwi pokoju w którym zamieszkałem. Nie byłem wyjątkiem, każdy pasażer został dostarczony na brzeg wyspy pod sam hotel. Kiedy dotarłem, było juz zupełnie ciemno. Po zakwaterowaniu, zjadłem kolację i do wyrka. Po około dwóch godzinach obudziły mnie dźwięki gitar i innych instrumentów. Cóż robić, wciągnąłem portki na tyłek i podążyłem za muzyką. W restauracji mojego hoteliku, wesoła gromadka lokalesów plus Finka i Niemka, popijając piwko, grali i śpiewali batackie piosenki. Po odśpiewaniu wielu piosenek, po wypiciu paru piwek, całą brygadą ruszyliśmy na imprezę do pobliskiego lokalu I tak zaczął się mój prawie dwu tygodniowy pobyt w wiosce Tuk Tuk. Pobyt nieco imprezowy.

Kolejne dni mijały na eksplorowaniu wyspy. Wynająłem skuterek i z plecakiem na plecach, śmigałem po drogach i czymś co drogę przypominało. Piękne widoki, ciekawa architektura batackich wiosek i...szaleni kierowcy. Teraz już wiem że na Indonezyjskich drogach, jedyną zasadą jest brak zasad. Będąc jednym z najmniejszych uczestników ruchu, wielokrotnie musiałem czmychać skuterkiem na pobocze żeby nie skończyć jak insekt na szybie mijanych samochodów. Kierowcy samochodów w ogóle nie przejmują się skuterami. Potrafią nagle skręcić na przeciwny pas żeby ominąć jedną z wielu dziur, nie zawracając sobie głowy mijanymi skuterami.  Nie raz zjeżyły mi się ostatnie włosy na głowie ale jak już wpadłem między wrony... klakson i do przodu. Szybko nauczyłem się tutejszych zasad i jakoś cało z tego wyszedłem. A im szybciej jechałem, tym mniej samochodów próbowało mnie wyprzedzać wiec, wbrew pozorom, było bezpieczniej. 

Podczas jednej z takich wycieczek, zatrzymałem się przy wesołej gromadce dzieci i zacząłem je fotografować. Po chwili zatrzymał się jakiś lokales i nie gasząc i nie zsiadając ze skutera, zaproponował, że zrobi mi fotkę z dzieciaczkami, moim sprzętem foto. Nie sądziłem, że na aż takiego frajera wyglądam. Gdybym przystał na propozycje, pewnie jeszcze bym ganiał typa po wyspie żeby odzyskać sprzęt. Ale uśmiechnąłem się grzecznie i podziękowałem za taką przysługę. Większość Bataków to mili, uśmiechnięci i przyjaźni ludzie ale czasami trafi się jakaś czarna owca. 

Podróżując poprzez  Batackie wioski trudno, zwłaszcza na początku, nie ulec nieco upiornej atmosferze. Przy specyficznych domach o charakterystycznym kształcie dachu, często zauważyć można znacznie mniejsze kopie tych domów. W rzeczywistości są to groby i grobowce członków rodziny zamieszkujących dany dom. Batakowie wierzą, że człowiek po śmierci pozostaje wśród żywych i też chce mieszkać w ładnym grobie. Groby często usytuowane są w malowniczych miejscach, na wzgórzach, polach, w ogrodach albo tuż przy samym domu. I jest ich tutaj bez liku. Nie ma natomiast cmentarzy w formie jaką znamy.

Batakowie to potomkowie kanibali. Katolicy i Protestanci. Sądziłem, że skoro są chrześcijanami, mimo że raczej słabo wykształceni to dzięki religii mają jako taką wiedzę o świecie. Niestety tak nie jest. Tak rząd jak i kapłani, pilnują żeby ludzie Ci mieli raczej średniowieczne informacje o otaczającej nas rzeczywistości. Batakowie, jak i pewnie większość Indonezyjczyków wierzą w kreacjonizm i geocentryzm... ich zdaniem ziemia ma około 6 tyś lat a historia dinozaurów to bajka wymyślona przez zachodnich pseudonaukowców. O Darwinie i jego teorii też raczej mało kto słyszał a co dopiero żeby w nią wierzył. Oj, idealna materia dla kaznodziejów czarodziejów.
Przez pierwsze dwa dni, sam śmigałem po wyspie. Kolejnego dnia poznałem Jahka z Kanday który zamieszkał w sąsiednim domku oraz nieco starszego Nowojorczyka. W takim składzie, na trzech skuterkach objechaliśmy całą wyspę. 170 kilometrów w 10 godzin. Nowojorczyk towarzyszył nam tylko raz, następne dni, poznawałem wyspę razem z Jahkiem. W dwójkę zawsze raźniej i bezpieczniej. Jahk planował spędzić na wyspie tylko dwa dni a został o dzień dłużej niż ja. Klimat wyspy i jej urok, nie jednego zatrzymały tam na dłużej. Poznałem tam pewnego Niemca, paralotniarza samouka, który na wyspie mieszka już 10 lat i ostrzegał, że i nam może się tak przydarzyć. Klimat wyspy jest bardzo przyjemny, temperatura oscyluje wokoło 25 stopni Celcjusza. Miłe wytchnienie od nizinnych upałów tropikalnej Sumatry. Mi osobiście takie wytchnienie bardzo się przydało. Wcześniejszy nadmiar wrażeń oraz wysoka temperatura, nieco przegrzały mi system i jak teraz oglądam filmy z Tajlandii albo czytam o przygodach w Medan, czuje lekkie zażenowanie. Ale tak to już jest jak się trafi w tropiki i obce kulturowo społeczeństwo. Święta i Sylwester, dwa tygodnie w nieobciążającej systemu poznawczego atmosferze to było to czego potrzebowałem przed dalszą podróżą.

Wyspa Samosir to nic innego jak wulkaniczny stożek który powstaje kiedy dogasa wulkan. W tym przypadku superwulkan. Samo jezioro w kalderze wulkanu ma 100 kilometrów długości i 30 szerokości. Głębokie na ponad 500 metrów. Wybuch tego superwulkanu ( ok. 75 000 lat temu) był tak potężny, że był przyczyną zmian klimatycznych na całej kuli ziemskiej. Podczas erupcji wydobyło się wiele trujących związków chemicznych. 

W atmosferze przez około 1800 lat unosił się pył, który ograniczał docieranie promieni słonecznych do powierzchni Ziemi, co wywołało tzw. zimę wulkaniczną, a ta z kolei spowodowała masowe wymieranie gatunków. Istnieją hipotezy, że zmiany te miały decydujący wpływ na ewolucję Homo sapiens, ponieważ katastrofę i jej następstwa przeżyło jedynie kilka tysięcy osób, z których rozwinęła się cała późniejsza populacja. Jeśli dojdzie kiedyś do kolejnego wybuchu, szanse na przetrwanie życia jako takiego, na ziemi są niewielkie. Wulkan jest wciąż aktywny wiec pewnie kiedyś wybuchnie. Czym że jesteśmy my, małe robaczki do takiej siły natury.
Drugiego stycznia ruszyłem w dalszą drogę. Kolejny cel to Berastagi i eksploracja pobliskiego wulkanu. Maleńkiego w porównaniu do Toby.
O Berastagi w kolejnym odcinku moich relacji z podróży po Azji południowo wschodniej.