20.12.2017

Indonezja Sumatra

Podróż na Sumatrę zaczęła się nieco niefortunnie. Popełniłem błąd jeszcze w Polsce przy zakupie biletów lotniczych. Do dnia wylotu z Tajlandii, byłem pewien, że na lotnisku w Malezyjskim Kuala Lumpur spędzę 6 godzin. Niestety z 6 zrobiło się 18 czyli 12 h różnicy co tłumaczy mój błąd...AM-PM :) ten drobny szczegół musiał mi umknąć. Tak bywa czasami kiedy w emocjach planuje się podróż życia. 

Czas na lotnisku postarałem się wykorzystać najlepiej jak to możliwe. KLIA 2, tak w skrócie nazywa się owo lotnisko, to jedno z najbardziej ruchliwych portów lotniczych w Azji więc było na co popatrzeć. Ludzi jak mrówek i w każdych możliwych kolorach i odcieniach skóry. Kręciłem się po różnych poziomach, zaglądałem w zakamarki, testowałem pyszne jedzenie, słuchałem audiobooka, ucinałem drzemki itd Już na początku mojego szwędactwa po lotnisku, zainteresował się mną policjant z długą bronią maszynową. Z uśmiechem na ustach zapytał co u mnie. Pogadaliśmy chwilkę w miłej atmosferze, opowiedziałem o mojej podróży i śniegu w Polsce. Policjant, usatysfakcjonowany rozmową, podając mi rękę z uśmiechem na twarzy życzył mi udanej podróży. Trudno jest oprzeć się pokusi porównania podejścia malezyjskiego policjanta do zachowania naszych stróżów prawa. Surowa mina, zero żartów, wyczuwalna wrogość...któż tego nie zna z polskich realiów a przecież niewiele trzeba, nie każdego należy traktować jak potencjalnego bandytę. Ale chyba tak jest że każdy mierzy swoją miarą. Przy kontroli bezpieczeństwa, sympatyczna dziewczyna w mundurze, z zakrytą chustą głową, widząc że jestem jedynym białasem w zasięgu wzroku, zapytała o cel podróży. Zmęczony, zapomniałem nazwę miasta, wyjąkałem tylko Sumatra i pokazałem bilet. Rozbawiona moim zakłopotaniem, serdecznie się roześmiała i życzyła udanego lotu. Widział ktoś w PL na lotnisku taki luzik i wesołość w wykonaniu funkcjonariuszy przy kontroli bezpieczeństwa?

Smutny i jakiś spięty ten nasz kraj. Mam pewną teorię tłumaczącą taki stan rzeczy ale nie będę się teraz uzewnętrzniał z moimi przemyśleniami, musiał bym popłynąć w politykę i religię a nie chcę psuć sobie doskonałego nastroju. 

W samolocie długo myślałem, że jestem jedynym białasem, dopiero jako jeden z ostatnich pasażerów, na pokład wkroczył jakiś surfer o bladej twarzy. 
Po wylądowaniu na Sumatrze, kupiłem kartę do telefonu, wymieniłem trochę waluty i złapałem taksówkę. Kierowcą okazał się młody pasjonat fotografii więc w godzinnej drodze do hotelu, było o czym rozmawiać.
Po zakwaterowaniu w skromnym hoteliku, padłem na łóżko i odespałem kilka godzinek. Po krótkiej regeneracji, prysznicu i narciarskiej przygodzie w toalecie, postanowiłem poznać najbliższą okolicę. Pół godziny później, nieco oszołomiony doznaniami, miałem już dostatecznie dużo materiału na kolejną video-relację a to tylko pół godzinny spacer. 

Miasto Medan to największa aglomeracja na Sumatrze i jedno z największych miast Indonezji. W granicach miasta mieszka ponad 2,4 miliona ludzi a na przyległych terenach, kolejne półtora miliona czyli taka nasza Warszawa razy dwa. 

Wyjście na miasto robi piorunujące wrażenie, samochody i setki skuterów. Jedyna zasada, większy jedzie pierwszy. Żadnych pasów, żadnego ustępowania pierwszeństwa...miejska dżungla w indonezyjskim wydaniu. Walka o życie przy próbie przejścia przez ulicę. 

Bardzo szybko trafiłem na bazarek i to też było przeżycie grubego kalibru. Nawet moja ekstremalna kamera tego nie zniosła i nie zarejestrowała pierwszych ujęć, nad czym ubolewam. Smrodek, bałagan, odpadki, muchy na sinym surowym mięsie wyłożonym na stoły. Jakieś koty maszerujące pośród drobiowych, pełnych much podrobów i ci ludzie, weseli, zaczepiający, pozdrawiający. Pomimo ich serdeczności, postanowiłem zostać owocożercą i to takich owoców które sam mogę obrać ze skórki. Warunki higieniczne porażające. Ale ja lubię takie ekstrema więc jest dobrze. Bardzo mnie kusiło żeby wyjąć aparat i odpalić ogień ciągły. Tematów do zdjęć cała mnogość ale głos w głowie szeptał, że może lepiej nie. Jestem sam, żadnego białasa a serdeczność może zmienić się we wrogość jak niechcący urażę czyjąś dumę. Większość spojrzeń tubylców była bardzo sympatyczna ale czasami dostrzegałem też złe spojrzenia i niezdrowe zainteresowanie moją maleńką kamerą. A co będzie jak wyjmę lustrzankę z teleobiektywem? Wolę na razie nie sprawdzać. Miasto to miasto, nawet wśród najserdeczniejszych ludzi znajdzie się jakieś ścierwo. 

Po przeżyciach na bazarku, wróciłem na chwilkę do hotelu gdzie zostawiłem sprzęt foto i z samą kamerką, ukrytą w kieszeni, ruszyłem w przeciwnym kierunku. Ludzie radośnie mnie zaczepiali, prosili o wspólne selfii...miło i przyjemnie ale nie za każdym razem ulegałem zaczepką. Nie zwalniając zdecydowanego kroku, machałem jedynie ręką albo odwzajemniałem pozdrowienia i uśmiechy. Wierzę mojej intuicji i słucham jej tutaj jak nigdzie indziej. Nie wszystko złoto co się świeci.

Czuje się bezpiecznie ale w brew pozorom,  jestem czujny jak ważka.
Po kilkunastu minutach zdecydowanego marszu, mijając meczet, trafiłem na sprzedawcę zegarków. Mój sikor nie zniósł trudów podróży a przydał by się jakiś czasomierz. Pooglądałem, powybierałem, dobrze utargowałem i kupiłem. Po sfinalizowaniu transakcji, młody sprzedawca ostrzegł mnie, że to kiepski pomysł samotnie wędrować w tej okolicy. Trochę mnie zmroziła ta informacja. Do tej pory wszyscy zapewniali mnie że jest bezpiecznie ale może nikt nie brał pod uwagę, że będę się zapuszczał w mroczne zakamarki sumatrzańskiej metropolii. Postanowiłem wrócić w nieco "jaśniejsze" rejony. Tak dotarłem do stadionu gdzie zaproszono mnie do wspólnego cieszenia się świąteczną atmosferą i koncertem z tej okazji. Tuż obok meczetu w muzułmańskiej Sumatrze, chrześcijańska impreza. Przyjąłem zaproszenie i usiadłem oczekując występów ślicznych Indonezyjek, które już kręciły się po scenie. W między czasie podeszły do mnie dwie dziewuszki i poprosiły o wspólne selfi, za chwilkę kolejna...ech, dobrze mi tu, pomyślałem. Ale, niestety przypomniałem sobie ostrzeżenie sprzedawcy zegarków i to popsuło mi całą radość. Do hotelu miałem jakiś kilometr a zapadła już noc. Im dłużej będę na koncercie, tym więcej przygód może się przytrafić w drodze do hotelu. Po godzinie, moja intuicja szepnęła mi, że już czas wracać, tak też zrobiłem. Zdecydowany krok, żadnego wdawanie się w dyskusje, kierunek hotel. Idąc, kątem oka, patrząc niby na mijane samochody albo sklepowe witryny, obserwowałem czy aby ktoś nie podąża za mną, drugim okiem, niczym kameleon, pilnowałem żeby nie wpaść do jakiejś dziury w "chodniku". Sporo tu takich niespodzianek wypełnionych cuchnącą cieczą. 
Do hotelu dotarłem w jednym kawałku, no może oczy miałem jeszcze przez chwile nieco rozbiegane ale i nad tym zapanowałem wypijając szklaneczkę coli z polskim spirytusem którym postanowiłem się zdezynfekować wewnętrznie i uczcić swoje imieniny.

Rozmawiałem później z sympatycznym gospodarzem przy okazji wspólnego popijania pysznej, sumatrzańskiej herbaty własnoręcznie zbieranej przez jego samego. Zapewnił, że nie mam się czego obawiać i mogę czuć się bezpiecznie. Jedyne zagrożenie to szaleni kierowcy. Tak więc dzisiaj zaliczę koncercik raz jeszcze, kto wie ile selfi, ile piękności, ile radości...ech;)

O 9 rano obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Przypomniałem sobie, że o tej godzinie umówiłem śniadanie. Otworzyłem drzwi gdzie zaspanymi oczami, jak przez mgłę zobaczyłem przemiłą żonę gospodarza trzymającą tace z moim śniadaniem. Dzbanek gorącej wody, kawa, herbata, smażona w cieście ryba, jajeczko sadzone, pomidor, ogórek, całość na liściach sałaty, pieczony ziemniaczek i pyszne owoce...szach mat, mają mnie:)

Video — Sumatra