14.12.2017

Prowincja Krabi

Mija dzień za dniem, godzina za godziną.

Każda chwila przynosi nowe doświadczenia i przemyślenia. Poznajemy serdecznych Tajów, fascynujące miejsca, przepyszne jedzenie. Każdy dzień jest inny, każde miejsce wyjątkowe. Nawet kiedy w pierwszej chwili coś nas lekko rozczarowuje, miłe niespodzianki są tuż tuż. Albo odwrotnie, odwiedzamy piękne  wyspy, rajskie plaże i... tłumy turystów, seksowne dziunie szczerzące zęby do smartfonów, robiące dzióbki, przechylające zalotnie swe śliczne główki tylko po to żeby po zrobieniu selfi na rajskiej plaży, założyć kolejną maskę, już mniej słodką. I ci chłopcy, napompowani na siłowniach, wytatuowani, dzielnie maszerują pośród ślicznotek, nigdy nie wypuszczając całego powietrza z płuc....Widoki te tak słodkie, że aż rzygać się chce. Ale co zrobić, taki mamy klimat zachodniej cywilizacji.

Dzisiejszy dzień zacząłem o trzeciej rano. Nie chcąc przeszkadzać Andrzejowi, chwyciłem komputer i wyniosłem się na balkon gdzie w ciszy i spokoju zabrałem się za montowanie filmu i przeglądanie zebranego materiału foto-video. Po czterech godzinach "pracy" wróciłem do wyrka na małą drzemkę żeby ciut odpocząć przed kolejnym tajskim dniem. Po śniadaniu, dosiedliśmy naszej dzielnej Honoraty i pomknęliśmy przed siebie. Po około godzinie trafiliśmy do uroczego miejsca gdzie pośród bagien porośniętych tropikalną roślinnością, swe kryształowe wody niosła niewielka acz bystra rzeczka. Teren przygotowany pod ciekawych tajskiej przyrody turystów. Kilometrowa kładka, którą wędrując można podziwiać bagienną przyrodę. Trafiliśmy na czas odpływu i nie mogliśmy zobaczyć jak słodka woda kryształowej rzeczki, płynie pośród słonej wody morskiej. Różnica gęstości nie pozwala na mieszanie się tych dwóch rodzajów wody co, podobno robi duże wrażenie. Ale w zamian mogliśmy podziwiać wyjątkową plątaninę korzeni drzew porastających bagna, biegające małe kraby i coś co wyglądało jak kopce termitów.  Podczas przypływu, cały ten magiczny system korzeniowy jest ukryty pod wodą. Uroku dodawał fakt, że poza paroma lokalesami, byliśmy praktycznie sami. Cała cebulandia smażyła się na plażach w południowym, ostrym słońcu hodując tym samym przyszłe nowotwory. Cóż, chcącemu nie dzieje się krzywda. Na końcu szlaku znaleźliśmy miejsce w którym można wskoczyć do kryształowej i rześkiej wody co tez poczyniłem. Woda dała przyjemne ukojenie od upału. Wykorzystałem ten moment na filmowanie podwodną kamerą ryb i krewetek żyjących w rzece. Niektóre z gatunków doskonale znam. Miałem przyjemność rozmnażać owe rybki w mojej hodowli ryb akwariowych, która niestety przeszła już dawno do historii. Miło jest podglądać gatunki, które wcześniej znałem tylko z akwariów. Po kąpieli, wróciłem na kładkę gdzie spotkałem wędrujących mnichów buddyjskich. Z grzeczności zapytałem czy mogę ich sfilmować. Ku mojej radości, kiwnięciem głowy dali mi zgodę. W momencie kiedy mnie mijali, jeden z nich powiedział, że jestem dobrym człowiekiem... aż serce zadrżało, takie te słowa wywarły na mnie wrażenie. To był bardzo miły prezent od losu i mnichów, prezent którego się nie spodziewałem.

Chwilę później, mknęliśmy już, na grzbiecie naszej klaczy ze stajni Hondy, lokalnymi drogami pośród upraw kauczukowców i palm oleistych. Dwóch gatunków roślin które są przekleństwem  tej części świata. Na potrzeby hodowli i niezaspokojonego apetytu konsumpcjonistycznego społeczeństwa globalnej wioski, karczuje się prastarą dżungle, wycina majestatyczne drzewa i niszczy siedliska dla ginących gatunków takich jak tygrys, orangutan czy nosorożec oraz wielu mniej spektakularnych przedstawicieli naturalnego i przebogatego ekosystemu. Taki mamy klimat.... 

Honorata zawiozła nas do kolejnego, ciekawego miejsca, z dala od turystycznych szlaków. trafiliśmy do rybackiej wioski zbudowanej na palach. Dziwnie wyglądała ta osada w trakcie odpływu, który pokazał to co skrywa woda. Całe hałdy muszli po zjedzonych przez mieszkańców mięczakach, sporo śmieci i ogólny bałagan. Domy na palach, bardzo skromne, tak skromne że aż trudno uwierzyć że mieszkają tam ludzie. Ale ludzie nie byli makietami a żywymi dowodami niesamowitego kontrastu między tym co widzieliśmy w turystycznej części Tajlandii, zorganizowanej dla białasów i bogatych Azjatów, a tym co zobaczyliśmy w tej osadzie.  Pomimo przejmującej biedy i średniowiecznego klimatu, mieszkańcy, wyznawcy Allaha, radośnie się uśmiechali, zapraszali na kawę i pozwalali mi na pstrykanie fotek czemu towarzyszyło dużo ich i mojej radości. Podobnego zjawiska doświadczyłem w styczniu w Indonezji. Można być szczęśliwym i otwartym, posiadając bardzo niewiele albo nic. To daje do myślenia.

Kolejnym miejscem do którego zabrała nas nasza czterosuwowa Honorata, była rzeka na brzegu której znaleźliśmy niewielką wypożyczalnie kajaków, obsługiwaną przez miejscowych rybaków. Po chwili rozmowy, w towarzystwie przewodnika i jego bezzębnego wujka, śmigaliśmy kajakami pośród namorzynowych lasów. Po około 30 minutach dotarliśmy do strzelistych formacji skalnych porośniętych bujną roślinnością. Skały były malowniczymi, bezludnymi wyspami, pełnymi jaskiń, lagun i uroczych, małych plaż. Na dobry początek, przewodnik zabrał nas do jednej z jaskiń w której pośród stalaktytów i stalagmitów żyły setki nietoperzy. Światło naszych latarek rozbudziło całe towarzystwo i w jaskini zrobiło się ciut ciasno. Na tyle ciasno że co chwile byliśmy smagani po twarzy skrzydłami tych sympatycznych latających ssaków. Wesoły, drobnej budowy przewodnik pokazał nam ciasny przesmyk w jaskini i powiedział że gdybyśmy byli jego rozmiarów to można by się tam wśliznąć i zobaczyć inny gatunek, znacznie większych nietoperzy. Niestety, nasze gabaryty nie pozwoliły na taką przygodę. Przewodnik opowiedział też znaną mi wcześniej historię ogromnych ilości złota, skradzionego przez Japończyków w czasie drugiej wojny światowej. Owe złoto, zrabowane z Birmańskich i Tajskich świątyń, Japończycy sprytnie poukrywali w tajskich i Filipińskich jaskiniach. Po zorganizowaniu skrytek, wszyscy biorący w tym procederze udział zostali pomordowani a wiedza o skarbach pozostała w rękach dwóch osób, cesarza i jakiegoś generała. Oboje stracili życie i nikt nie wie gdzie ukryte są owe kosztowności. Jedną skrytkę, a są ich setki, znalazł na filipinach ubogi obywatel tego kraju. Było w niej kilkaset skrzyń wypełnionych złotem. jest w sieci dużo materiałów na temat tej ciekawej historii. Zdaniem naszego przewodnika, jedna ze skrytek jest właśnie na wyspie, którą odwiedziliśmy. Po rozmowach o złocie, powiosłowaliśmy dalej. Chwilę później, zatrzymaliśmy się na niewielkiej plaży otoczonej pionowymi, kilkuset metrowymi skałami. Na tej plaży, bezzębny wujek naszego przewodnika, kilka lat temu spotkał wielkiego tygrysa. Przy okazji odpoczynku na plaży, zaczęliśmy rozmawiać o tragicznym w skutkach tsunami, które nawiedziło ten rejon w 2004 roku. Zginęło wtedy łącznie 280 tyś osób. Między innymi dziadek naszego przewodnika razem ze swoimi kolegami z którymi łowił ryby. Opowiadają te smutne historie, wspomnienia naszego przewodnika wywołały w nim takie emocje że aż dostał gęsiej skórki. 

Kolejnym punktem kajakowej wycieczki była jaskinia do której mieliśmy wpłynąć kajakami, przeciskając się wąską szczeliną. Niestety, niski poziom wody nam to uniemożliwił co zmartwiło przewodnika  a bardzo chciał ja nam pokazać. Ale po chwili namysłu, znalazł rozwiązanie. Zaproponował żebyśmy przypłynęli tu raz jeszcze, zupełnie za darmo. Przyjęliśmy propozycję. Jutro, o szóstej rano wsiadamy w kajaki i ruszamy na eksplorację owej, magicznej jaskini. A o dziewiątej, dołączamy do kilkunastoosobowej grupy turystów z Singapuru i płyniemy z naszym, wyjątkowo sympatycznym i radosnym przewodnikiem na penetracje kolejnych wysp, plaż i jaskiń. Będzie się działo. Tym czasem zmykam spać, za trzy godziny pobudka i 40 kilometrów drogi na grzbiecie Honoraty do naszego kajakowego Eldorado. Kto wie, może odnajdziemy złoto Japończyków i wrócimy obrzydliwie bogaci :)