29.11.2017

Tajlandia Phuket dzień pierwszy

Orzeł wylądował

Po trzydziestogodzinnej podróży dotarlismy do Phuket w Tajlandii. 30 godzin licząc od domu do hotelu. Azjatycka egzotyka uraczyła nas swym pięknem jeszcze w Warszawie.

Stiuardesy w samolocie Qatar Airlines...ech...było na czym oko zawiesić. Po sześciogodzinnym locie dotarliśmy do Doha w Katarze. Dwie godzinki w wypasionym porcie lotniczym i kolejny locik, tym razem prosto do celu.

W ogromnym Beniu 777 stewardessy były jeszcze piękniejsze. Ich wielkie czarne oczy w towarzystwie szczerych, śnieżnobiałych uśmiechów kontrastujących z ciemną karnacją, nie pozwalały mi zasnąć w czasie lotu. Ale w końcu zmęczenie wzięło góre i zasnąłem. Długo nie pospałem...obudziłem się z krzykiem, strasząc współpasażerów a zwłaszcza siedzącego obok mnie francuza i jego dziewczyne.

Chłopak tak się spłoszył że aż języka angielskiego zapomniał i po francusku zapytał co się dzieje. Lekko zarzenowany wytłumaczyłem, że wszystko ok. To tylko koszmar senny wywołał taką moją reakcję. Po zarzyciu lekarstwa w postaci szklaneczki "rudej na myszach" zasnąłe jak baranek. Do Phuket dotarliśmy bladym świtem.

Godzinka w lokalnym autobusie i już prawie byliśmy w hotelu. Zostały nam dwa kilometry. Zdecydowaliśmy przemaszerować ten kawałek. Przez ostatnie dwa miesiące hodowałem odleżyny więc dwukilometrowy marsz z 30 kg na plecach był swego rodzaju wyzwaniem. Ale pomimo kondycji godnej emeryta jakoś udało się dojść. Hotel miło nas zaskoczył.

Elegancki, nowiutki, czyściutki...klima, łazienka, szmery bajery, pompki rowery;) No i ta cena... Prawie o pięć złotych droższy niż kwatera w Borsku w tartaku gdzie suche muchy na parapetach, grzyb na ścianach i szare firanki, które pamietają pilotów malborskich MIG-ów 21...Nie żebym narzekał na Borsk. Kto był ten wie, że w Borsku do szczęścia nie luksusy potrzebne a lotna pogoda i stadko nielotów do ogarnięcia.

Po zameldowaniu się w hotelu, uraczeni zostaliśmy śniadankiem i kawą...co to była za kawa...Espresso to mały pikuś. Mocna, smaczna i dużo. Kawka dała takiego kopa, że paznokcie u stup na lewą strone mi się wywinęły i rozprostowały sie moje bląd loki na głowie. No trudno, na loki żadnej Tajki już nie wyrwe. Po ogarnięciu sniadania, hotelu i prysznica, ruszyliśmy na miasto. Przedreptaliśmy dobre 15 km, tu i tam. Troche fotek, troche pysznego jedzonka i po paru godzinkach hotel. Teraz śpimy, tzn Andriu śpi a ja pisze...ale już konczę.

Trzeba troche akumulatory naładować przed nocnymi atrakcjami Phuket. To tyle na początek mojej relacji, kolejne, okraszone zdjęciami i filmami, będę publikował na blogu, który jest już prawie gotowy do odpalenia.