15.12.2017

Tajlandia z pokładu kajaka

Pobyt w Tajlandii, pomału zmierza ku ko końcowi. Jeszcze tylko 3 dni. Ciężko będzie wyjechać, tym bardziej, że ostatnie dni pokazały prawdziwe oblicze tego zaskakującego pod każdym względem kraju. Przed wczoraj, o czym już pisałem, oddaliliśmy się od turystycznego zagłębia na niespełna 40 km i tyle wystarczyło żeby zostać zmiażdżonym pięknem i serdecznością tutejszych społeczności. Oraz wyjątkowym urokiem krajobrazu. Połączenie gór, morza i dżungli, urocze plaże, laguny, klify i zero turystów urywają cztery litery już na wysokości kolan.

nasze kajakowanie zaczęliśmy już o szóstej rano. Wpłynęliśmy do jaskini której dnia poprzedniego odwiedzić nie mogliśmy z powodu niskiego stanu morza. Po około 100 metrach powolnego prześlizgiwania się pośród malowniczych skalnych, jaskiniowych tworów natury wpłynęliśmy do zamkniętego w skałach świata. Dziura w skalnej górze o średnicy około 150 metrów, pionowe Ściany sięgające nieba, porośnięte bujną, dżunglową roślinnością i my, bujający się w dwóch kajakach w akompaniamencie ptasich śpiewów. Prawdziwy zaginiony świat. Tylko dinozaurów brakowało. Spędziliśmy tam jakieś pół godziny, przy okazji wypalając odrobinę tytoniu skręconego w cieniutkie drewienko zamiast bibułki. Nie mogliśmy zostać dłużej, poziom morza się zmieniał i trzeba było czmychać czym prędzej żeby nie utknąć tam na cały dzień. Po powrocie do przystani, razem z sakiem, naszym sympatycznym przewodnikiem, pojechaliśmy na śniadanie. Smacznym ryżem doprawionym cary i chili oraz odrobiną kurczaka, uraczyła nas muzułmańska gospodyni. Do tego pyszny rosołek, mocna kawa i ogórek na zagryzkę. Klimaty tylko dla tubylców gdzie my stanowiliśmy wyjątek. Po posiłku wróciliśmy do przystani w której zaczęły się przygotowania do kajakowej wyprawy z grupą studentów z Singapuru. W chwili przerwy, Sak zabrał mnie na stronę i uraczył drewnianym skrętem, okraszonym odrobiną, jakże zacnego zioła, dodając przy  tym ,że będę jeszcze bardziej szczęśliwy. No i byłem, do tego stopnia, że przez pierwszą godzinę wiosłowania, język angielski plątał mi się z wszelkimi innymi, mi nie znanymi językami świata, skutkiem czego wolałem nie wdawać się w dyskusję z Singapurską młodzieżą;) Na szczęście, wysiłek przy wiosłowaniu w ponad 30 stopniowym upale, szybko zregenerował moje możliwości komunikacyjne. 

Srodze się pomyliliśmy, oceniając na starcie skale kajakowej imprezy. Zakładaliśmy że będzie podobnie jak na innych, zorganizowanych tajskich wycieczkach. trochę powiosłujemy, opłyniemy jakąś malowniczą skałę, zajrzymy do jaskini, zjemy obiad i do domu. W kajaku spędziliśmy kilka godzin, wpływając w różne skalne przesmyki, laguny, obrzydliwie piękne plaże, namorzynowe tunele i wszystko przy morderczej mocy słońca. Co kilka minut, nabierałem czapką wodę., którą wylewałem na głowę, po czy zakładałem mokre nakrycie głowy. To był jedyny znany mi sposób, żeby nie ulec udarowi słonecznemu. Przez cały czas wiosłowania, podziwialiśmy ogromne, pionowe skały i skalne nawisy, porośnięte dżunglą, sięgające błękitnego nieba. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Żaden film, żadne zdjęcie nie odda wrażeń jakim ulegałem. Podobno, żeby obejrzeć cały ten kosmiczny teren, trzeba w kajaku spędzić kilka dni i taki pomysł już się rodzi w mojej łysej głowie.  Około godziny 13, dobiliśmy do niewielkiej plaży gdzie na koralowym piasku, pośród palm kokosowych, i przy zamykającej plażę ogromnej, barwnej, pionowej skale, gospodarze przygotowali obiad. Owoce morza w warzywach na ostro i kurczak w zielonym cary. Do tego arbuzy, ananasy i banany. Wszystko w nie prze jadalnych ilościach i tak pyszne jak piękna była okolica. Po posiłku, Sak znowu poprosił mnie na stronę. Tym razem towarzyszył nam szczerbaty wujek Saka. Już wiedziałem co się święci. W tróję, wchłonęliśmy nieco magicznego dymu. Ale tym razem byłem ostrożniejszy. Nie chciałem stracić możliwości komunikacji ze studentami i studentkami a rozmowy były bardzo ciekawe i wiele wnoszące do mojego poznawania Azji. Sak zapraszał mnie jeszcze na sesje wieczorną w domu wujka. W ruch miała pójść fajka wodna. Grzecznie podziękowałem przestraszony nieco mocą używki i świadomy czekającej mnie podróży skuterem. Po pysznym posiłku, przypięliśmy kajaki do dużej łodzi napędzanej silnikiem spalinowym, która cały czas nam towarzyszyła i ruszyliśmy odkrywać kolejne skalne labirynty, jaskinie i plaże. Do przystani wróciliśmy około 16 tej. Po pożegnaniu się z singapurska młodzieżą oraz ich opiekunka. Zostaliśmy z Sakiem, jego szefem, wujkiem i ich rodzinami. Pstryknąłem kilka fotek i umówiliśmy się na kolejny dzień. Tym razem, dużą łodzią z silnikiem, opłyniemy część terenu w późnych godzinach popołudniowych żeby w ciepłym świetle robić zdjęcia i filmy. Pomysł był mój i bardzo się spodobał, tym bardziej, że obiecałem podzielić się materiałem z organizatorami. Płyniemy w kilka osób. Ja, Andrzej, wujek, Sak i urocza córka szefa Saka, którą zaprosiłem na wycieczkę. Dziewczę poznaliśmy jeszcze przed kajakowaniem. Po chwili ciekawej rozmowy, przy okazji pobytu z Sakiem na "stronie", zapytałem o jej wiek. Andrzej dawał dziewczynie 13-14 lat. jak się okazało, świeża absolwentka tajskiego uniwersytetu, ukończyła już zacne 25 lat. Jakże się ucieszyła kiedy opowiedzieliśmy jej o naszych szacunkach dotyczących jej wieku.

Kajakowa wycieczka, mimo że po nieprzespanej nocy byłem mocno zmęczony, była wyjątkowo magiczna. Krajobraz, młodzież, jedzenie, organizatorzy i Sak z jego drewnianymi skrętami.  Ale nie obyło się bez strat. W trakcie kajakowania, cała singapurska młodzież na czele z Sakiem, wpłynęła do jaskini. Wykorzystaliśmy ten moment żeby opróżnić Andrzejowy pęcherz moczowy. Wymagało to wyjścia z kajaka na stały ląd. Niestety, stały ląd okazał się gęstym błotnym osadem który wessał Andrzeja do wysokości kolan i zabrał ładne, "amerykańskie" croksy i już nie oddał.

Przed napisaniem tego tekstu, obrobiłem kilka zdjęć które dołączam do opisu. W trakcie obróbki, towarzyszyły mi tak silne emocje że do oczu napływały łzy. Ludzie tutaj są niesamowici. Jest w nich ogrom serdeczności i miłości. Cały czas się uśmiechają, żartują, cieszą się z byle powodu. Wzruszyłem się bardzo kiedy usłyszałem od Saka, że zdjęcie rodzinne które mu robię, jest pierwszym takim zdjęciem w jego życiu. Facet ma 38 lat, piękną rodzinę, skuterek, jakiś skromny domek i to wszystko. Żadnego wykształcenia i niesamowitą siłę życiową. Wrażliwość na piękno, serdeczność, otwartość. Na jednym ze zdjęć, jest chłopiec ze złożonymi dłońmi. Jest to gest którym okazuje się szacunek drugiemu człowiekowi i są trzy formy tego gestu, zależne od osoby której owy szacunek chcemy okazać. Dłonie na wysokości ust układa się do ludzi młodych i względnie młodych, do ludzi starszych, dłonie układa się na wysokości twarzy, do osób duchownych, ponad głową. Całości towarzyszy wyjątkowa dbałość o szczegóły, ukłon i spuszczenie wzroku. Jakże byłem zawstydzony kiedy niedbale złożyłem dłonie w kierunku staruszków których zdjęcia prezentowałem poprzednio. Staruszkowie odpowiedzieli tym samym gestem ale jakże różnym zarazem, czyniąc głęboki ukłon i zatrzymując się na chwilkę w tej pozycji. Oj uczę się pokory każdego dnia. Taka gestykulacja pięknie oddaje charakter tutejszych społeczności. Szacunek i tolerancja jest na pierwszym miejscu, coś czego bardzo brakuje w naszej ojczyźnie. Gdzie chłód klimatu i ludzi, gdzie ciągła rywalizacja i potrzeba udowadniania kto jest lepszy, mądrzejszy, silniejszy, bogatszy, prowadzi nas w jakąś otchłań ludzkiego zobojętnienia. Jakże mamy błędne przekonanie o muzułmanach których media z obrzydziły i zrobiły z nich bezduszne bestie. Pokazują nam zwyrodnialców, zmanipulowanych i otumanionych przez innych szaleńców. Często niestety jest to efekt świadomego działania cwaniaków z naszych kręgów kulturowych, mających na celu utrzymanie zasady, dziel i rządź a tym samym przejęcie kontroli nad dostępem do surowców a zwłaszcza do ropy i wody pitnej. 

Wracając do tematu tolerancji i szacunku. Niedawno miałem okazję poznać owe cechy w wykonaniu przedstawicieli polskiej władzy. W marcu, po urodzinach kolegi, dobrze ugoszczony i napojony, chwiejnym krokiem dotarłem pod drzwi swojego mieszkania. Chwilkę po tym zawitała policja w składzie rozhisteryzowanej policjantki i policjanta sadysty. Na pytanie co tu robię, odpowiedziałem, że mieszkam i właśnie wróciłem do domu i w tym momencie dostałem żelem łzawiącym w twarz od histeryczki w mundurze, następnie sadystyczny policjant, rzucił mnie na ziemię i zakuł w kajdanki, zaciskając je tak mocno, że myślałem, że oszaleje z bólu. Moje prośby  żeby choć ciut popuścił na nic się zdały. Policja siłą zaczęła mnie wywlekać na zewnątrz budynku, pomagając sobie ciosami pałką w nerki. Na zewnątrz, dopuścili do tego, że z rękoma skutymi na plecach, przewróciłem się do tyłu silnie uderzając głową w beton (dźwięk uderzenia słyszała sąsiadka obserwująca zdarzenie przez zamknięte okno drugiego pietra). Tak sponiewieranego wrzucili mnie do klatki w radiowozie gdzie straciłem przytomność. Przed umieszczeniem w areszcie, zawieźli mnie na badania do szpitala czego w ogóle nie zarejestrowałem. Młoda, jakże profesjonalna, pani doktor, stwierdziła, że można mnie zamknąć a jak coś by się działo, wezwać lekarza (wiem to z raportu policji). Po opuszczeniu aresztu, policja chciała nałożyć na mnie słony mandat którego nie przyjąłem. Sprawa w sadzie jeszcze się toczy. Nie skarżę Policji, nie chcę kopać się z koniem. Sprawa jest tylko o mandat. Sędzia nie dopuszcza do sprawy świadków potwierdzających moje alibi, słyszy kłamstwa i sprzeczności zeznających pod przysięgą policjantów i nic z tym nie robi. Prowincjonalny sędzia, pozbawiony umiejętności logicznej analizy albo działający w imię zawodowej solidarności (z policją gra w jednej drużynie), chce zrobić ze mnie przestępcę, składając doniesienie do prokuratury na mnie aby ta przyjrzała się czy aby nie doszło z mojej strony do naruszenia nietykalności policjanta na służbie za co grozi do 3 lat pozbawienia wolności. mam nadzieję że prokurator okaże się mądrym człowiekiem. Tak się dzieje w demokratycznym, katolickim kraju. Jakże mnie razi to katolickie rozdwojenie jaźni, ta obłuda, zawiść...i fałszywa pokora w kościele.

Przy okazji, raz jeszcze podziękowania dla policjanta Tomka, który przyszedł do mnie do celi, pogadał, poczęstował herbatą. To był zacny i bardzo mi potrzebny gest. Znam wielu policjantów, niektórych czasami szkole i wiem, że jest wśród nich wielu porządnych ludzi ale tych których miałem okazję poznać pod drzwiami mojego mieszkania, należało by umieścić w zakładzie i leczyć.
Niech moja historia zobrazuje jeszcze dosadniej jak dalecy jesteśmy od normalności.

W swoim dorosłym życiu, poza Bytowem, łącznie, spędziłem kilkanaście lat, w tym około siedmiu poza granicami kraju. Wszelkie przykrości jakie mnie w życiu spotkały, wydarzyły się w moim rodzinnym mieście. Przed wyjazdem do Azji, słyszałem jakże często, że to niebezpieczna część świata, Muzułmanie, dzikie zwierzęta, choroby. Dla mnie niebezpieczny jest Bytów, niestety. Poz Bytowem, nigdy włos mi z głowy nie spadł, wszystkie wypadły w moim kochanym mieście, oj trudna to miłość.