03.12.2017

Welcome to the jungle

Każdego dnia wiele się dzieje. Wstaje przed świtem i kładę się spać godzinę wcześniej. Tak było wczoraj. Wcześniej udawało mi się pospać nawet cztery godziny na dobę, nie zawsze w jednym kawałku. Mocne kawy, wrażenia, piękno otaczającego mnie świata daje kopa o którym w Polsce mogę tylko pomarzyć.

Do wczoraj, udawało mi się obrabiać materiał foto video na bieżąco ale po wczorajszym dniu stało się to niemożliwe.Zdjęć i plików video mam tyle że selekcja, obróbka i montaż zajęły by minimum dwa dni. Oczywiście nic straconego, wszystko wam pokaże ale relacje będą pojawiały się z poślizgiem.

Dzisiaj pokazałem wam trochę fotek i ociupine video. Reszta będzie prezentowana na moim blogu. Oczywiście zajawki będę publikował na fejsie. Zachęcam do subskrypcji. W ten sposób nic wam nie umknie.
www.blog.dariuszpaciorek.pl

Teraz słów parę na temat wczorajszego odkrywania Tajlandii.

Dzień zaczęliśmy o 60.30. Sympatyczna Tajka z obsługi hotelowej zaparzyła nam kawe w papierowych kubkach, chwyciliśmy kilka smacznych bananów w garść i z takim prowiantem wskoczyliśmy na pakę terenowego samochodu którego kierowca zabrał nas do niewielkiego portu. Już sama podróż drogą ekspresową na odkrytej pace terenowego pikapa przy wschodzącym słońcu i w otoczeniu niezwykle efektownych formacji skalnych, była miłą przygodą zaczynającego się dnia. Po dotarciu do portu, wskoczyliśmy do szybkiej łodzi z charakterystycznym dla Tajlandii systemem napędowym. Łódź długa, smukła i bardzo niestabilna zwłaszcza kiedy nie jest w ruchu. Na pokładzie miejsca dla kilkunastu osób, my byliśmy sami plus sternik. Przez około godzinę, pruliśmy morze z przyjemną prędkością.

Wiatr rozwiewał moje blond loki a śruba napędowa pracująca tuż przy powierzchni, generowała efektowny rozbryzg wody. Sunęliśmy tak pośród malowniczych skał Morskiego Parku Narodowego Phang-nga. Zatrzymaliśmy się dopiero na  niezamieszkanej wyspie  Ko Tapu (Wyspa Gwóźdź) na której w 1974 roku kręcono ujęcia do filmu o agencie 007 czyli Jamesie Bondzie.  (w tej roli wystąpił Roger Moore) pt. Człowiek ze złotym pistoletem. Wyspa piękna i wyjątkowa, tworzy ją jedna wielka skała wapienna o pionowych ścianach sięgających około 200m, dwie maleńkie plaże i kilka jaskiń. Zwiedzanie zajęło nie więcej jak pół godziny. Z racji "młodej" godziny, na wyspie było ledwie kilka osób. Kolejnym punktem wycieczki był pół godzinny kajakowy spacer wokół sąsiedniej wyspy. Pneumatycznym kajakiem  napędzanym za pomocą Taja w podeszłym wieku, zwiedzaliśmy skalne groty i las namorzynowy. Taj okazał się gadatliwym człowiekiem i cały czas coś nam pokazywał, opowiadał w ogólnie znanym i rozumianym języku tajskim. Jak do tej pory, moje wybitne zdolności lingwistyczne pozwoliły nauczyć się w tajskim języku zwrotu dziękuję w formie męskiej, tak więc jego monologi trafiały w absolutną pustkę ale i tak było bardzo fajnie. 

Po kajakowej wycieczce, popłynęliśmy do muzułmańskiej wioski na wodzie którą zamieszkują rybacy i hodowcy pereł. Miejsce szalenie ciekawe ale niestety jego mieszkańcy mocno nas rozczarowali. Idąc środkiem, stojącej na palach wioski, mijaliśmy dziesiatki stoisk z pamiątkami i wyrobami z pereł. Stoiska te nienaturalnie kontrastowały z otaczającym nas bałaganem, brudem i biedą. Szybko zboczyliśmy z turystycznego szlaku, trafiając w nieco bardziej klimatyczne miejsca. Największe wrażenie zrobiły na mnie tutejsze szkoły w których na otwartej przestrzeni islamscy nauczyciele prowadzili zajęcia z języka arabskiego. Każdy muzułmanin musi znać ten prastary język aby móc czytać Koran. Sytuacja podobna jak z Biblią, która do czasów Martina Lutra, pisana była jedynie po Łacinie. Dopiero na początku XVI wieku, ten niemiecki reformator religijny, teolog i inicjator reformacji, mnich augustyński, doktor teologii, współtwórca luteranizmu, autor 95 tez potępiających praktykę sprzedaży odpustów, w których odrzucał możliwość kupienia łaski Bożej, odważył się sprzeciwić Watykanowi i przetłumaczył biblię na język niemiecki czyniąc ja dostępną i zrozumiałą dla ludzi spoza duchowieństwa. Reformacja ta przyczyniła się do rozwoju społeczności europy zachodniej, zostawiając daleko w tyle Europe wschodnią(i nie tylko Europe). 
Ale wracając do islamskich szkół i nie wchodząc głębiej w tematy religijne…

Islamski nauczyciel siedział przy tablicy zapisanej arabskimi tekstami, uzbrojony był w drewniany kijek, którym wskazywał czytane głośno przez dzieci teksty albo uderzał tych którym to nie wychodziło.... kolejnym niemiłym doświadczeniem było zachowanie muzułmanów. Na ich twarzach nie było żadnych emocji, uśmiechów, zero mimiki. Traktowali nas jak powietrze, jak zło konieczne. Dało się wyczuć w tych prostych ludziach pogardę dla niewiernych (każdy kto nie wierzy w Allacha jest niewiernym i jeśli się nie nawróci, zasługuje na śmierć. Tak mówi Koran.) Taka postawa bardzo kontrastuje z innymi, poznawanymi na co dzień Tajami, którzy są serdeczni, uśmiechnięci i otwarci na obcych. Nawet muzułmanie ze stałego lądu są sympatyczni, zupełnie inni niż Ci których spotkaliśmy w pływającej wiosce. Był jeden wyjątek. Muzułmanka u której kupiliśmy drobne pamiątki. I nie była miła dla tego, że coś kupiliśmy ale kupiliśmy bo była miła. 

Po około godzinnym spacerze po pływającej wiosce wróciliśmy do naszej łodzi, którą ruszyliśmy w kierunku portu. Po drodze mijaliśmy jeszcze jedną osobliwość, naskalne malowidła pozostawione tu przez jaskiniowców ktore można podziwiać jedynie z pokładu łodzi. Do portu wróciliśmy przed południem. Czekał tam już na nas nasz kierowca. Wskoczyliśmy na pakę i popędziliśmy w kierunku naszej kwatery. Miło było czuć pęd wiatru we "włosach" siedząc na pace pikapa.  Niemiłosierny żar plus dużą wilgotność, zdecydowanie lepiej znosi się będąc smaganym strugami powietrza. Dzisiaj, po raz pierwszy wyszło słońce i od razu zatęskniliśmy za deszczem.

Po zjedzeniu śniadanio obiadu w postaci owoców morza, ucięciu popołudniowej drzemki i odświeżeniu się pod prysznicem. Ponownie ruszyliśmy w teren. Tym razem nasz drjwer, zabrał nas do świątyni w wielkiej jaskini. Przed wejściem na teren świątyni, kupiliśmy łakocie dla małp czyli orzeszki i siatkę bananów. Długo się tymi bananami nie nacieszyłem. Duży samiec, obiema łapkami chwycił za banany, mocował się ze mną chwilkę do momentu kiedy z siatki został mi tylko kawałem foli w garści. Próbowałem jeszcze odebrać mu choć jednego z pośród kilkunastu bananów ale widok jego wielkich kłów i agresywna postawa przekonały mnie, że lepiej nie mieć bananów niż zostać dotkliwie pogryzionym przez to pozornie miłe zwierzątko.
Po zabawie z małpami, weszliśmy do ogromnej jaskini w której, poza licznymi posągami Buddy w tym 15 metrowy w wersji Budda leży, krzątało się całe stado "braci i sióstr" z Rosji. Zanim zajrzeliśmy do każdego dostępnego w jaskini kąta, całe towarzystwo potomków naszych "wyzwolicieli" zapakowało swoje rosyjskie tyłki do busów i pojechało gdzieś dalej. Od tej chwili nastała przyjemna cisza i harmonia.

Kolejnym etapem była dżungla i płynąca po skalnych progach rzeczka. Dżungla robi oszałamiające wrażenie. Dźwięki różnych skrzeczących owadów, szum małych wodospadów i wilgotność na poziomie 100 %. Przy jednym z wodospadów, trafiliśmy na stadko głośnych chińczyków co skomentował Andrzej: jak nie rusek to chińczyk...ja dodałem: jak nie urok to sraczka;)

Po około półgodzinnym spacerze po dżungli, wskoczyliśmy do rześkiej, miło chłodzącej wody w rzece (film). Odświeżeni wróciliśmy do naszego kierowcy który tym razem zawiózł nas do kolejnej świątyni. Miejsce mało znane i raczej rzadko odwiedzane przez turystów. W necie trudno znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tej atrakcji. Pośród tropikalnej roślinności, znaleźliśmy tam niezliczone figury różnych dziwnych postaci. Niektóre wręcz przerażające. Efekt potęgował fakt że robiło się już ciemni i byliśmy tam zupełnie sami. Wędrując pośród tych osobliwych rzeźb, dotarliśmy do jaskini. W środku zupełna ciemność i szum płynącego dnem jaskini strumienia kryształowo czystej wody. Penetracji tej wielkiej jaskini towarzyszyły spłoszone naszą obecnością nietoperze, dziwne żaby, pająki które okazały się świerszczami i obrzydliwy smród guano czyli łajna nietoperzy. Klimat był niesamowity, tym bardziej że trzeba było zachować czujność i nie pośliznąć się na miękkim podłożu i nie runąć gdzieś w głąb jaskini.

Po jaskiniowych przygodach, kierowca zabrał nas na miejscowy bazar, gdzie zjedliśmy jakieś dziwne ale smaczne jedzonko i tak nasyceni dniem wróciliśmy do hotelu.
Za trzy godziny ruszamy dalej na północ....